
Monarchy. Nazwa wieloznaczna, raczej trudna do wyszukania w Internecie jako coś innego niż monarchia i to najczęściej brytyjska. Tym razem jednak chodzi o coś zupełnie innego.
Monarchy to jeden z najlepiej zapowiadających się zespołów XXI wieku. I choć głośno o nich od grudnia 2009, to debiutancką płytę udało im się wydać dopiero pół roku temu. W taki oto sposób firmy fonograficzne wraz ze swoimi nierealizowanymi kontraktami pozbawiają utalentowanych muzyków wkroczenia na scenę muzyczną w najodpowiedniejszym dla nich czasie.
Monarchy to zespół nietypowy i zaskakujący pod wieloma względami. Ale może zacznijmy od początku. Dwóch Australijczyków, Andrew i Ra, poznają się w Londynie i we wrześniu 2009 roku postanawiają rozpocząć działalność. Na przełomie listopada i grudnia Monarchy udostępnia w sieci dwa utwory – The Phoenix Alive oraz Gold In The Fire – drugi również w wersji zremiksowanej przez Diamond Cuta, który tworzy z tej piosenki elektroniczny majstersztyk. Blogi muzyczne całego świata wrą. Oto pojawił się nowy talent, nowa jakość w świecie muzyki elektronicznej, romansującej z popem (oczywiście w jego dobrym wydaniu), wzbudzający ogólny zachwyt, a przynajmniej zainteresowanie. Debiutancki album ma ukazać się późnym latem 2010 roku. Z niewiadomych przyczyn nie udaje się to. Data premiery jest kilkukrotnie przesuwana. Ostatecznie Monarchy zrywa kontrakt z macierzystą wytwórnią Mercury, oddając się w ręce 100% Records. Płyta w formacie MP3 zostaje wydana późną wiosną 2011 roku, wydanie fizyczne ukazuje się prawie pół roku później w limitowanym nakładzie pięciuset kopii, w wersji dwupłytowej, numerowanej i podpisanej przez duet.
Być może historia to, jakich wiele. Ale nie do końca. Panowie z Monarchy postanowili działać w miarę możliwości anonimowo – stąd wymyślne artystyczne maski, którymi zasłaniają twarze. Dopiero niedawno zaczęli posługiwać się nazwiskami, które i tak najprawdopodobniej są pseudonimami. O co chodzi? O prztyczek w nos biznesowi muzycznemu, który bardziej interesuje się życiem prywatnym twórców, niż ich muzyką.
Muzyka. Co do muzyki nie sądzę, aby znaleźli się tacy, którzy z miejsca uznaliby Monarchy za zespół nie wart poświęcenia mu chwili uwagi. Głębokie, przemyślane teksty, interesujący, nietypowy, ale wciągający i przejmujący głos Ra, chwytliwe melodie, różnorodność dźwięków i nastrojów, które nie pozostawiają nikogo obojętnym, wymuszając refleksję oraz/lub niepohamowaną potrzebę rozniesienia parkietu.
Z ciekawostek. Monarchy swój pierwszy koncert, chcąc uczynić go wyjątkowym, nadali w kosmos, za pomocą urządzeń znajdujących się na Przylądku Canaveral.
Ciekawe? Mam nadzieję, bo ciąg dalszy dopiero nastąpi!